poniedziałek, 20 lutego 2017

Prolog

Okay. Okay, okay, okay. Nie wiem. Po prostu nie wiem. Nie mam pojęcia kiedy pojawi się następny rozdział, czy jest dobrze, ani czy to co piszę ma sens. Chciałam jednak opublikować prolog, żeby przypomnieć, że jeszcze żyje tym, którzy może czasem tu zaglądają. Powiedzmy, że to, na ten czas, taki zwiastun rozdziałów.
Nie przedłużając:

Część pierwsza
Prolog

            Nikt nie wiedział, co znajduje się za górami. Zasnute mgłą szczyty jak mór otaczały kilometry wyludnionej, jałowej ziemi, odgradzając ją od ludzkich miast. Starsi nie mieli w zwyczaju wspominać o pustkowiach, chociażby mimochodem. Uznawane były one za temat tabu, o którym nie wypadało rozmawiać. Wśród młodszych pokoleń zamieszkujących Przedmieścia krążyły jednak najróżniejsze opowieści o tym, co niepoznane. Mawiało się, że bezludne tereny są ostoją wyrzutków; domem tych, którzy wyrzekli się Boga. Bajki te nie były co prawda w żaden sposób poparte faktami, czy nawet plotkami, przekazywanymi z ust do ust przez Mieszczan (Ci bowiem kategorycznie odmawiali rozmów na temat pustkowi za każdym razem, gdy podczas dni targowych jakieś dziecko wymknęło się zza straganu rodzica i zaczepiało miejskiego wysłannika), malcy mimo wszystko z pełną zawziętością wierzyli w swoje opowieści.
            Niemożliwym byłoby stwierdzić, kiedy u młodych mieszkańców Przedmieści zakwitło tak żywe zainteresowanie tym, co odgradzały góry oraz taka pasja w wymyślaniu coraz to nowszych historii na ich temat. Lilith była jednak przekonana, że ów fascynacja wzięła się z najzwyklejszej nudy. Życie na obrzeżach miasta było spokojne i monotonne; toczyło się powoli, nie dostarczając dorastającym dzieciom wystarczających emocji. Sama pamiętała, jak w czasach jej młodości opowiadało się o całym Kontynencie - wtedy to on był czymś obcym. Z najwyższych miejsc Wyspy, przy odpowiedniej pogodzie można było obserwować, co działo się w blisko granicy między lądem, a wodą. Lilith, jej kuzynka Sigrun oraz inne dzieci miały w zwyczaju wdrapywać się na pagórek w lesie, a czasem nawet na wysokie drzewa, by dostrzec co dzieje się w Mieście po drugiej stronie morza. To zainteresowanie przeminęło, gdy tylko na Wyspie powstał port. Kontynent stał się wtenczas czymś bliskim i osiągalnym; nie pasjonował już swoją dalekością.
            Dziewczyna dobrze wspominała swoje dzieciństwo - snucie niestworzonych opowieści, obserwowanie stałego lądu, bajki i historie opowiadane nocami. Te drobne dziwactwa, tradycje, które dzieliła z innymi były najmilszą rzeczą, jaką trzymała w pamięci. W wieku dwudziestu dwóch lat wciąż żałowała, że nigdy nie zdobyła się, by wejść na drzewo. Sigrun mówiła jej, że gdy wdrapie się na wierzbę na pagórku, będzie mogła dostrzec drobnych jak mrówki Mieszczan. Lilith jednak brakowało odwagi, by tego spróbować. Już wtenczas odstawała nieznacznie od innych dzieci. Była cicha, wycofana i strachliwa. Tak samo lata później, jako dorosła kobieta, nie czuła się tak, jak czuć się powinna w towarzystwie innych mieszkańców Przedmieści. Choć nieokreślona płochliwość znikła, zdystansowanie i cichość pozostały. Kiedy więc w wieku szesnastu lat Lilith zaszła w ciążę z nieznanym przejezdnym, mieszkańcy Przedmieści uznali ten fakt za kolejną drobną osobliwość dziewczyny. Nikt nie rozwodził się nad tym, że bliskie kontakty z obcymi były zdecydowanym przeciwieństwem tego, co reprezentowała sobą przez wszystkie lata. Wszyscy milcząco akceptowali.
            – Mamo? – cichutki głosik dobiegł zza ściany, wyrywając ją z zamyślenia.
Z przeciągłym westchnięciem podniosła się do siadu i zapaliła lampkę, stojącą na nocnym stoliku. Miękkie, niebieskawe światło padło na skromnie urządzony pokój.
            – Mamo? – powtórzyło się ponaglające pytanie.
Lilith postawiła obie stopy na zimnej, drewnianej podłodze i wstała z łóżka. Lubiła przed zaśnięciem analizować przeróżne fakty ze swojego życia. To przyspieszało odrobinę bezsenne godziny.
            – Już idę. – odparła w kierunku ściany.
Jej uszu nie dobiegła żadna odpowiedź, przyjęła więc ciszę jako potwierdzenie. Przeciągnąwszy się, powolnym krokiem ruszyła w kierunku pokoju syna. Chłopiec leżał w swoim łóżku, z rękami skrzyżowanymi na piersi i niezadowoloną miną. Malec nie odziedziczył aparycji po żadnym z rodziców; dziewczyna była wdzięczna Bogu, że wyglądem nie jest podobny do swojego ojca. Gdyby bowiem choć trochę przypominał czarnookiego szelmę, który skradł jej młode serce, nie byłaby w stanie patrzeć na syna bez tego nieprzyjemnego mrowienia, które towarzyszyło jej przez pierwsze tygodnie po narodzinach dziecka. Bez zawodu.
            – Co się stało? – spytała spokojnie, opierając się o framugę.
            – Powiedziałaś, że mam cię wołać, jak tylko zacznie mnie trochę boleć.
Lilith zbledła, wpatrując się w chłopca. Odwzajemnił spojrzenie, wzrok wbijając w jej twarz, kiedy podeszła do jego łóżka i usiadła na ziemi.
            – Gdzie dokładnie cię boli?
Odgarnął pulchną dłonią ciemne włosy z czoła, jakby starał się odwlec odpowiedź. W końcu palcem wskazał miękką przestrzeń między obojczykami. Z krzywym uśmiechem na ustach skinęła głową.
            – Pewnie zaraz przejdzie. – mruknęła Lilith, chwytając syna za rękę.
Spod zasłony rzęs jego szare oczęta zdawały się niemal czarne. Widziała, jak białka powolutku różowieją, pokrywają się czerwonymi żyłkami i szklistą powłoką łez.

Oboje wiedzieli, że nie przejdzie.